ŚWIĘCI ZNANI I NIEZNANI

TAKI PRZYSTOJNY I ŚWIĘTY?

PIER GIORGIO FRASSATI

Patron młodzieży i studentów oraz ludzi gór

Elżbieta Chmura

Ludzie się za nim odwracali na ulicy, tak był przystojny i urodziwy. Świetnie zbudowany, wysportowany, twarz owalna o oliwkowej cerze, nos orli, oczy czarne, włosy gęste, ciemne, zaczesane do tyłu, rysy klasyczne, ujmujący uśmiech. Jakże jego wizerunek odstaje od wielu przelukrowanych życiorysów świętych! Był bowiem alpinistą, znakomicie pływał, jeździł na rowerze, jeździł konno i na nartach. Palił fajkę i cygara, uwielbiał rozmaite wygłupy. Przyjaciele nazywali go valanga di vita, to znaczy „lawina życia”.

Rzeczywiście przystojniak. Dobrze zbudowany, wsparty na ciupadze, w górskim stroju, z fajką, bujną czupryną, z dużymi oczami. Ciekawy. To PIER GIORGIO FRASSATI. Urodził się 6 kwietnia 1901 r. o godz. 18.30 w Turynie. Jego ojciec, Alfred Frassati, człowiek bogaty, właściciel poczytnego, liberalnego pisma – „La Stampa”, później senator i ambasador w Niemczech. Matka, Adelajda – z domu Ametis z Pollone, malarka, właścicielka pięknej willi i ogrodu. Dom ten zbudował jej ojciec, Francesco Ametis, za oszczędności z pobytu w Peru. Pier miał starszą siostrę Eldę, która żyła tylko 8 miesięcy. Może dlatego chrzest Piera odbył się krótko po jego urodzeniu? Otrzymał imiona: Pier Giorgio Michelangelo. W 17 miesięcy później urodziła się jego siostra, Luciana. Pier nie był z tego rad, że przy matce zajęła jego miejsce i dziecięcym językiem, ale zdecydowanym gestem, kazał – „wynieść to tam”. Mama była dumna z dzieciaków, bo były po włosku piękne. Pier był zaczepny, a Luciana krzykliwa, więc rodzice mieli kłopot. Luciana jednak bardzo kochała swego brata. Ona pierwsza napisze biografi ę Piera. Piotr też, jako drugą po mamie, kochał Luciane. Chłopiec był z bogatego domu, ale wrażliwy na potrzeby biednych. Pod drzwiami stanęła żebraczka, trzymała za rękę bosego synka. Pier zdjął szybko buty i pończochy, oddał chłopcu, zamknął drzwi i prosił nianię, aby dała mu inne pończochy i buty. Lubił kwiaty. Ogrodnik uczył go nazywać je. Te najładniejsze nosił mamie. „Bo Cię bardzo kocham”. Przyszła kiedyś po kwiaty siostra Angelina. Wybrał róże i powiedział: „Proszę zanieść je Panu Jezusowi i powiedzieć, że to ode mnie”. „Dziękuję, Pier! On to sprawi, że ty będziesz świętym”. Babcia Ametis opowiadała chłopcu dużo wydarzeń ewangelijnych. Chłopiec nie mógł zasnąć. Pobiegł do mamy z pytaniem: „Mamo, to Pan Jezus był sierotą? Nie, synku. Jego Ojciec jest w niebie, a tu opiekował się Nim i Maryją św. Józef”. Uspokojony tą odpowiedzią chłopiec szedł spać. Miał dziecięcą fantazję. Po wycieczce górskiej z mamą, opowiada, że widział tam owieczki, co się jeszcze nie urodziły, łąkę z kwiatami, aniołki w chmurach.

Znikał gdzieś rano.
Przyuważyli – szedł do
kościoła. Przystępował do
Komunii świętej i głodny
szedł do szkoły. Wieczorem
też znikał – na wieczorne
nabożeństwo.

Rodzice nie byli pobożni. Zachowywali jednak chrześcijańskie zwyczaje. Ksiądz z kościoła Bożego Ciała wyspowiadał po raz pierwszy Piera i Luciane. Był to 11 czerwca 1910 r. Większym przeżyciem dla chłopca był nakaz czy prośba ojca: – „Żebyście się kochali. Na tym jednym mi zależy”. Tak to przeżył Pier, że schował się ze wstydu. Z domowej kryjówki zwabiła go głośna modlitwa Luciany. Za rok, 19 czerwca, w kaplicy Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych, Pier i Luciana przyjmą I Komunię Świętą. Ten moment Pier przeżyje już bardzo dojrzale. Nauczycielem domowym obojga dzieciaków był salezjanin – Don Cojazzi. Kiepskie były to lekcje, bo gdy przyszło dzieciakom zdać egzamin do szkoły publicznej, Pier nie zdał łaciny, a odpowiedzi jego były dziecinne i śmieszne.

W 1913 r. Alfred Frassati otrzymuje nominację na senatora Zjednoczonego Królestwa Włoskiego, a Pier nazywany jest w szkole „synalkiem senatora”. Państwo Frassati przenoszą Piera do Instytutu Jezuitów w Turynie. Ojciec jednak, gdy zobaczył, że chłopak modli się długo w nocy, z gniewem wyrzucał jezuitom: „Chciałem, żeby z chłopca urósł mój następca, dyrektor «La Stampy», a wyście z niego zrobili bigota”. Przeniósł więc syna znów do Instytutu Powszechnego. W czerwcu 1915 r. Pier przyjął w swoim parafi alnym kościele w Turynie sakrament bierzmowania. Zapisał się, bez wiedzy rodziców, do Apostolstwa Modlitwy i Towarzystwa Adoracji Najświętszego Sakramentu, ale i do Klubu Alpinistycznego. W pielgrzymkach do Oropa nauczył się Różańca, śpiewał nieprzyzwoicie głośno jak przystało na Piemontczyka, choć nie miał za grosz słuchu. Lekcje muzyki, które pobierał, nauczyły go słuchać i rozumieć muzykę. Stąd jego miłość do Wagnera. Znikał gdzieś rano. Przyuważyli — szedł do kościoła. Przystępował do Komunii Świętej i głodny szedł do szkoły. Wieczorem też znikał – na wieczorne nabożeństwo. (Pier, nie przesadzasz?) Jego postawa religijna już okrzepła. Wiedział, co ma robić. Nie rozpieszczał go ojciec, ale Pier miał „zaskórniaki” od babci, od stryja. Zobaczył rekruta, który szedł do wojska. Dał mu. Duży chłop, a zbierał złote papierki, znaczki – to dla dzieciaków na misje. Kiedy Paola – koleżanka – zobaczyła domek biedaków, oświadczyła, że takie rudery w mieście powinno się palić, bo to siedlisko zarazy. – „Paola, a ty wiesz, ilu w tych domkach mieszka dobrych ludzi”? Ten synek senatora, duży chłop, bawił się z biednymi dziećmi. Miał dla nich cukierki, opowiadał im dowcipy. Uwielbiały go. Dorośli mówili: to będzie ksiądz! Nie myślał o tym Pier. Rodzice byli przerażeni – jak ten chłopak zda maturę? Wbrew obawom, maturę zdał dobrze. Wtedy mama postanowiła kupić mu porządny garnitur. „Mamo, umówmy się tak. Kupisz mi tańszy garnitur, ale daj mi różnicę. Mam kogoś, komu trzeba dać”. Mama dotrzymała umowy. W szkole był pan Ernest, poczciwy woźny. Zmarł mu czternastoletni syn. W rocznicę tego wydarzenia Pier dał Ernestowi pieniądze. „Zamów za syna Mszę św. i połóż mu kwiatek na grobie”. Rozpłakał się woźny.

Ludzie się za nim odwracali
na ulicy, tak był przystojny
i urodziwy.
Świetnie zbudowany, wysportowany,
twarz owalna o oliwkowej
cerze, nos orli, oczy czarne,
włosy gęste, ciemne,
zaczesane do tyłu, rysy
klasyczne, ujmujący
uśmiech.

W listopadzie 1918 r. Pier rozpoczyna studia w Królewskiej Politechnice w Turynie na Wydziale Inżynierii Górniczej. Studiował uczciwie. Zdawał dobrze egzaminy. Dojrzewała też w nim samodzielność polityczna. Ojciec był liberałem. Pier zapisał się do partii ludowej i propagował dziennik „II Memento”, przeciwny ojcowej „La Stampie””. Na domiar szczęścia czynnie działał w dobroczynnej Konferencji św. Wincentego, a dla swej pracy wewnętrznej przyjął regułę św. Dominika i jako brat III Zakonu, przez sympatię do Savonaroli, wybrał sobie imię Girolamo. Coraz wyraźniej czuł się studentem. Nigdy nie ukrywał krzyża noszonego w klapie marynarki. Wiele osób dziwiło się, że ten przystojny chłopiec z bogatej rodziny zajmuje się taką działalnością, on zaś odpowiadał im: „Jezus przychodzi do mnie w Komunii św. każdego dnia, a ja odwdzięczam Mu się za to w dostępny mi, skromny sposób, odwiedzając Jego biedaków.

„Opieka nad ubogimi była jakby głównym polem działalności Błogosławionego, ale nie jedynym. O sprawiedliwość społeczną walczył on również na płaszczyźnie politycznej. Jako student Politechniki Królewskiej w Turynie wstąpił do Włoskiej Partii Ludowej. Należał również do Uniwersyteckiej Federacji Katolików Włoskich (FUCI) oraz Włoskiej Młodzieży Katolickiej (GCI). Brał udział w wielu manifestacjach religijnych, co wówczas było narażeniem się na zniewagi ze strony komunistów, później zaś faszystów. W 1924 r. założył z przyjaciółmi nieformalne „Stowarzyszenie Ciemnych Typów”, którego celem był apostolat wiary i modlitwy między innymi przez wspólne górskie wycieczki. Żartobliwa nazwa, ale miała na celu włączyć do górskich wycieczek młodzież zagrożoną. Świadczy to o jego szczególnym poczuciu humoru. Bo to nieformalne stowarzyszenie za swój cel obrało apostolat wiary i modlitwy, m.in. poprzez wspólne wypady w góry. Podobno bł. Jan Paweł II, jeszcze w okresie „krakowskim”, wzorował się na nim, organizując górskie wyprawy z młodzieżą. Te ciemne typy nazywały Piera — Robespierre’em. Zabawy i modlitwy w górach. Ulubionym ich miejscem była Przełęcz św. Bernarda. W górach „nicponiom” mówił: „Musimy być silniejsi duchem niż mięśniami. Tacy muszą być apostołowie Boga i wiary… Gdyby mi studia pozwalały, mógłbym tu całe dnie myśleć o wielkości Stwórcy”. 12 czerwca 1924 r. zdobywa szczyt Grivolę. Nie wyszedł w góry bez Komunii Świętej: – Co się stało, Pier, gdzie masz płaszcz? Zimą wracasz tylko w marynarce. „Nie gniewaj się, mamo, na dworcu był komuś bardziej potrzebny”. Oj, Pier, kiedy z tego wyrośniesz? Człowieku, ale kiedy ty się uczysz? „Mam całe noce. Wtedy rodzice nie widzą, ile się modlę, a ile uczę. Jestem przeciętny, ale chcę być uczciwy”. Luciana wyszła szczęśliwie za mąż za Polaka – Jana Gawrońskiego.

W czerwcu Pier miał zdawać ostatni egzamin. Wszystko już się zaczyna ostatnie: Ostatnie Boże Narodzenie, ostatnia Wielkanoc. Profesor Micheli powie później: „On się zaraził tam, u biednych… głaskał spocone główki tych umierających dzieci. Nie troszczył się o siebie, chciał im pomóc”. W domu wszyscy byli zajęci umierającą babcią. Pier mówił coraz częściej o śmierci, ale nikt w domu tego nie rozumiał. I nie chciał rozumieć. „Droga uczciwych jest najtrudniejsza, ale najkrótsza do nieba”. „Lauro! Pomódl się trochę za mnie, aby Pan Bóg dal mi teraz żelazną wolę… Czekam dzień po dniu. Jestem bliski zbierania plonów z tego, co posiałem. Nie martw się, życie dobrych jest krótkie… Będę Was oczekiwał w raju” – pisał do Laury.

W środę ksiądz udzielał sakramentów umierającej babci. Śmierć przeszła tylko do sąsiedniego pokoju. W czwartek już nie wstał Pier. „Pier, jeszcze ten jeden egzamin. Potem trochę odpoczniesz. Przyjedziecie do mnie na imieniny. Zabiorę was do Aja…” W piątek ksiądz udzielił Pierowi sakramentów świętych. „Luciano! Pan Jezus przyszedł do mnie. Wybieram się do Niego z rewizytą! „Konsylium lekarskie. Choroba Heine-Medina. Umrze na pewno. Dlaczego? „Bo jest taki dobry”. Służąca napisała w kalendarzu w kuchni pod datą 4 lipca 1925 r., godz. 7.00 rano: „Umarł Pier Giorgio. Był dobry. Bóg go chciał mieć przy sobie”. Msza św. pogrzebowa była w Crocetta w Turynie. Wyszło całe miasto. Różańcami dotykali trumny. Pojednali się komuniści, ludowcy i liberałowie. Nieśli sztandary. Dom w Pollone został pusty. Przyjęła go matka ziemia na wiejskim cmentarzu. Ojciec Święty Jan Paweł II 20  maja 1990 r. ogłosił Piera Giorgia Frassatiego błogosławionym, „To człowiek ośmiu błogosławieństw”. Powiedział: „Popatrzcie jak wyglądał człowiek Ośmiu Błogosławieństw, który nosił w sobie na co dzień tę radość Ewangelii, Dobrej Nowiny, radość zbawienia ofi arowanego nam przez Chrystusa”. Pier, kochany! Powiedz, coś swoim „nicponiom”. Powiedz coś „ciemnym typom”. Powiedz coś nam, którzy wstydzimy się być dobrzy.

O, jaki Ty jesteś wielki pan!
Taki przystojny i święty KTOŚ!


Zobacz dzień wspomnienia 4 lipca →


ŚWIĘCI ZNANI I NIEZNANI