Not seeing a Scroll to Top Button? Go to our FAQ page for more info. NASZ KOŚCIÓŁ -
Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł! Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.
Parfia Rzymskokatolicka w Pustkowie Osiedlu
ADWENT Niedziela, 08 Grudzień 2019 - 342 dzień w roku - godz.16:57:50 Tydzień: 49
1994 1995 1996 1997 1998 1999 2000 2001 2002 2003 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2016 2017 2018 2019  
NASZ KOŚCIÓŁ - ROK 2003  Miesiąc:  3 10  
Marzec 2003
Nasz Kościół nr 162 z dnia 23.03.2003  
Nasz Kościół
Wydanie INTERNETOWE


Nr 11
(162)

23.03.2003
III Niedziela Wielkiego Postu
Informacje

Przeżywamy kolejną, już czwartą wizytację kanoniczną parafii. 65-ciu młodych członków naszej parafii otrzyma z rąk ks. Biskupa Władysława Bobowskiego sakrament Bierzmowania. Ten sakrament, jako sakrament dojrzałości duchowej daje szczególną siłę do wytrwania w powołaniu chrześcijańskim. I będą świadkami...

Obecność ks. Biskupa Władysława od samego początku mocno związana jest z naszą parafią. W czasie pierwszej wizytacji kanonicznej 11 - 13 czerwca 1977 roku, w jakże innych warunkach, ks. Biskup Władysław Bobowski spotykał się z wszystkimi grupami parafialnymi w prywatnych domach, bo nie było jeszcze plebanii. W prywatnych domach mieszkali pracujący tu księża. Nabożeństwa odprawiały się w kaplicy - kościółku.

Z okazji wizytacji została odprawiona msza św. za pomordowanych w czasie II wojny w obozie Pustków. W koncelebrze byli, jeszcze żyjący więźniowie tego obozu; ks. Dziekan Kazimierz Zając z Radomyśla, ks. Antoni z Niwisk, ks Antoni Przeklasa z Pustyni.

Na zakończenie wizytacji ks. Biskup ogłosił jakże ważną dla "wikarii parafialnej" w Pustkowie Osiedlu wiadomość; o wydaniu przez Wojewodę Tarnowskiego zezwolenia na budowę plebani.

Druga wizytacja kanoniczna miała miejsce 17 - 18 października 1987 roku. Przeprowadził ją ks. Bp. Piotr Bednarczyk. Trwała wtedy już budowa nowego kościoła.

Trzy miesiące wcześniej miała miejsce w parafii długo oczekiwana, pierwsza uroczystość prymicyjna ks. Marka Mikołajczaka.

26 - 27 marca 1994 roku odbyła się trzecia wizytacja kanoniczna w naszej parafii. Przeprowadził ją wtedy ks. Bp Józef Gucwa. Wszystkie nabożeństwa i spotkania odbywały się już w nowym kościele.

A pomiędzy tymi kolejnymi wizytacjami trwała wytężona praca. Budowa plebani, kościoła, a nade wszystko nieustanne budowanie kościoła duchowego.

Ks. Biskup Władysław Bobowski był z nami jeszcze w bardzo wielu, jakże ważnych momentach dla parafii.

16 października 1983 roku - w Jubileuszowym Roku Odkupienia, wmurowywał kamień węgielny w nowym kościele.

17 czerwca 1996 roku poświęcił i wprowadził do naszego kościoła Figurę Matki Bożej Fatimskiej.

Za tę wieloletnią posługę biskupią dziękujemy z całego serca, a przede wszystkim, za życzliwość i budujące świadectwo prawdziwej wiary.

Przy tej okazji nie sposób pominąć osoby pierwszego kapłana naszej parafii, ks. Proboszcza, Prałata Bronisława Marczyka. Dzieło jego 33 letniej pracy duszpasterskiej w naszej parafii jest wielkie i takie już pozostanie w pamięci naszej i nowych pokoleń. Dziękując Bogu za Jego obecność wśród nas, przez te wszystkie lata - radości, smutku, nadziei - dziękujemy za serce, którym nas obdarowywał i przykład żywej i oddanej służby Chrystusowi.

Bóg zapłać !

Naszą wdzięczność wyrażamy także wszystkim kapłanom, którzy pracowali i pracują w naszej parafii. Dziękujemy za to, że byliście i jesteście z nami.

W dniach 6 - 9 kwietnia odbędą rekolekcje wielkopostne. Prowadzić je będą ks. Sercanie.

W okresie wielkiego postu i w okresie przedświątecznym pamiętamy o tych, którzy bardzo liczą na naszą pomoc; o chorych, podeszłych w wieku rodzicach i o wszystkich, których dotknęły problemy życiowe.

Nasz czas - jak go wykorzystaliśmy ?

Dokładnie 10 lat temu 21 marca, w czwartą niedzielę wielkiego postu ukazał się pierwszy numer gazetki "Nasz Kościół". Przez pierwsze lata, praktycznie do końca 1999 roku "Nasz Kościół" ukazywał się regularnie co 2 lub 3 tygodnie. Rejestrowaliśmy wszystkie ważniejsze wydarzenia, które miały miejsce w naszej parafii i w najbliższym otoczeniu. Pisaliśmy także o sprawach bolesnych i trudnych, wyrażaliśmy radość z przeżywania wspólnie świętowanych uroczystości jak poświęcenie i wprowadzenie Figury Matki Bożej Fatimskiej do naszej parafii, Nawiedzenie parafii przez Matkę Bożą w Jasnogórskim Obrazie i wielu innych dostarczających tylu wzruszeń.

Czas płynie nieubłaganie. Staje się coraz trudniejszy dla wszystkich, zarówno dla borykających się z kłopotami finansowymi, brakiem pracy jak i dla pozostałych, którzy pracują, ale nęka ich niepewność jutra i ogromne tempo życia, które niewiele czasu pozostawia na pracę społeczną. Sądzimy, że to właśnie stało się powodem coraz rzadszego ukazywania się naszego informatora. Wiele osób związanych z naszym pisemkiem z powodów osobistych nie może uczestniczyć w redagowaniu "NK" bo przebywa za granicą, studiuje w innych miastach lub zwyczajnie jest przytłoczonych nadmiarem obowiązków.

Cieszymy się jednak z tego co mogliśmy wspólnie przekazać innym. Dlatego dziękujemy z całego serca; pani Marii Wilczkiewicz za jej wrażliwość na potrzeby ludzi słabych, borykających się z problemami, pani Rysi Jaźwieckiej za jej miłość do ukochanego miasta Lwowa, którą nas zarażała, wspominając pięknym językiem historię swojego dzieciństwa i młodości oraz bogatą historię Lwowa. Dziękujemy młodzieży z grup apostolskich, która dzisiaj przebywa już poza parafią: Agnieszce Goliszewskiej, Stanisławowi Kłysiowi, Karolinie Bochenek, Tomaszowi Pierogowi, Katarzynie Uzar i wielu innym, którzy ubogacali nasze pisemko świeżym porywem młodości. Dziękujemy panu Januszowi Kusztelakowi, pani Zofii Kłyś, pani Elżbiecie Piłat i pani Zofii Zołotar za informacje dotyczące pracy Caritas, Rady Parafialnej. Nade wszystko składamy serdeczne Bóg zapłać ks. Prałatowi Bronisławowi Marczykowi, który dzielił się z nami swoimi doświadczeniami i okazał wiele cierpliwości i zaufania naszym poczynaniom. Składamy także gorące podziękowania za reportaże o pracy na misjach, szczególnie siostrze Kamilii - Danucie Wolskiej, a także Stanisławowi Michna i Pawłowi Kudroniowi za wędrówki po historii.

Staraliśmy się wszyscy na miarę naszych umiejętności, możliwości czasowych i finansowych przynajmniej w części przedstawić to, co w naszej wspólnocie dobrego, szlachetnego i budującego.

Redakcja

Jak rodzą się przyjaźnie.

Kiedyś przed laty towarzyszyłam mimo woli niezwykłym spotkaniom. W charakterze osoby pomagającej nawiązać kontakt językowy przeżywałam wzruszenia, o których długo się pamięta.

Był rok 1986. Po okresie stanu wojennego i zrywu solidarnościowego Polacy przeżywali trudny czas budowania od podstaw zdrowych zasad gospodarki. W sklepach brakowało wszystkiego. Dzieci tęskniły za słodyczami, rodzice cieszyli się, gdy mogli kupić dla nich owoce południowe. Wtedy właśnie społeczeństwa państw zachodnich starały się nam pomóc. Jedna z organizacji charytatywnych w Niemczech nawiązała kontakt poprzez nasze gminy z rodzinami ubogimi i sfinansowała dla dzieci z tych rodzin pobyt wakacyjny w Niemczech, u swoich rodzin, które zgłosiły chęć goszczenia dzieci. Potem nawiązały się przyjaźnie, które trwały latami, a niektóre trwają być może do dzisiaj.

Utkwiła mi szczególnie w pamięci rozmowa z rodziną z zachodnich Niemiec z małej miejscowości Ottweiler; z Marianną i Fritzem Schank, którzy po 2 latach od pobytu dzieci moich znajomych przyjechali do Polski. Zapytałam wtedy panią Mariannę co skłoniło ją do pomocy naszym dzieciom. Ze łzami w oczach opowiedziała mi taką historię. "Gdy byłam mała, była wojna. Moja mama ze mną i małym braciszkiem pozostała na dużym gospodarstwie sama bez męża, bo ten musiał iść na wojnę. Ówczesne władze niemieckie przydzieliły jej do pomocy w gospodarstwie młodą polską dziewczynę. Miała ona około 16 lat. Wieczorami po ciężkiej pracy w polu płakała do poduszki. Tęskniła na pewno bardzo za najbliższymi, za swoimi rodzinnymi polami i ojczystym niebem. Ten obraz utkwił mi w pamięci na całe życie. Mój ojciec nie wrócił z wojny, zginął gdzieś daleko w Rosji. Cierpieliśmy z mamą biedę. Było biednie, ale jakoś wyrośliśmy z bratem. Założyłam własną rodzinę. Cały czas myślałam jak odwdzięczyć się za pomoc tamtej młodej polskiej dziewczyny. Gdy nadarzyła się okazja byłam szczęśliwa, że mogę pomóc"

Pomagała bardzo. Organizowała zbiórki w swoim otoczeniu na zakup sprzętu rehabilitacyjnego dla niepełnosprawnej dziewczynki, którą gościła u siebie. Pomagała także innym. Na każde święta przysyłała paczki z odzieżą i własnoręcznie upieczonym ciastem. Znajomi rewanżowali się białym opłatkiem, które my w polskich rodzinach z takim pietyzmem dzielimy między sobą w wigilijny wieczór. Oni nie znali tego zwyczaju, ale cieszyli się bardzo, że chcemy także z nimi dzielić ten biały chleb. Myślę, że te kontakty wiele zmieniły w życiu ludzi w nich uczestniczących. Nasze dzieci, którym wtedy w szkołach przedstawiano Niemców jako zbrodniarzy, poznały także innych Niemców, ludzi, życzliwych i współczujących. Dziś te dzieci, to już dorośli młodzi ludzie. Obserwując ich otwartość na innych myślę o tamtych spotkaniach. Całe szczęście, że zmieniły się czasy, że możemy się bez ograniczeń kontaktować z innymi, poznawać ich problemy i jeśli możliwe pomagać.

Dzieci z Ukrainy w Pustkowie.

Gdy usłyszałam, że Pani Dyrektor Elżbieta Szuty zaprosiła grupę dzieci z Ukrainy w czasie ferii zimowych do Pustkowa Osiedla pomyślałam, że to zaproszenie, to niezwykła lekcja jakiej mogą udzielić pedagodzy swoim wychowankom i nie tylko im.

Na apel Pani dyrektor i nauczycieli o pomoc w zorganizowaniu pobytu dzieci ludzie chętnie przynosili do szkoły śpiwory, pościel, aby dzieci mogły przenocować w godziwych warunkach. Do pomocy włączyły się władze gminy Dębica, parafia z księdzem Prałatem Bronisławem Marczykiem i parafialny oddział Caritas, który wspierał także ten pobyt finansowo, a wolontariusze Caritas dyżurowali przy wydawaniu posiłków. Nauczyciele zorganizowali pobyt dzieci tak, aby miały możliwość przebywania ze swoimi rówieśnikami i w urozmaicony sposób spędzać czas.

Z relacji nauczycieli i dzieci, a także tych, którzy mieli z nimi kontakt wynika, że dla wszystkich były to wspaniałe przeżycia.

Dzieci spędziły w Pustkowie Osiedlu kilka dni. Nocowały w małej szkole, dawnym przedszkolu. Grupa ze Złoczowa z Ukrainy liczyła 70 osób; dzieci w wieku 7 do 19 lat wraz z opiekunami, a wśród nich dwie siostry ze Zgromadzenia Sióstr Sercanek.

Kontakt ze Złoczowem został nawiązany poprzez siostrę Julitę, byłą uczennicę szkoły w Pustkowie Osiedlu i siostrę Zofię, która od kilku lat pracowała na Ukrainie. Zaczęło się od korespondencji dziewczynek z grupy misyjnej, przekazywania drobnych upominków, słodyczy z okazji świąt i przy okazji wyjazdów Sióstr Sercanek z Krakowa na Ukrainę.

W sierpniu ubiegłego roku siostra Zofia ze swoimi podopiecznymi i parafianami ze Złoczowa przyjechała do Polski, do Krakowa by się spotkać tutaj z Janem Pawłem II, w czasie jego pielgrzymki do ziemi ojczystej. Wracając z Krakowa goście z Ukrainy zatrzymali się na krótki odpoczynek w naszej parafii. Wtedy to powstał pomysł spotkania i zaproszenia do Pustkowa.

Jak przekazała siostra Zofia, ze Złoczowem związana jest pewna historia. Ponoć jeden z polskich duchownych uratował życie rosyjskiemu oficerowi i dzięki temu przez lata komunizmu czynny był kościół w Złoczowie i odprawiały się w nim msze św. po polsku.

Wszystkie dzieci, które przyjechały do nas mają polskie korzenie. Mówią i śpiewają po polsku. Łatwo nawiązały kontakty z rówieśnikami z Pustkowa.

Przyjechały do Pustkowa z koncertem kolęd i pastorałek, wystawiły jasełka w kościele i w szkole, spotkały się z dziećmi z przedszkola. Ci, którzy oglądali występy młodych Złoczowian byli pełni podziwu dla ich talentu i staranności przygotowania wystawianego programu. Dzieci były także na zaproszenie Sióstr Sercanek w Krakowie. Wróciły zachwycone starym, pięknym polskim grodem.

Życie tamtych dzieci tak bardzo różni się od dzieciństwa naszych dzieci. One wszystko co łączy ich z ojczystym krajem zdobywają wielkim wysiłkiem. Uczą się języka polskiego na zajęciach w szkole sobotniej. Nieraz muszą pokonać w kilkunastostopniowym mrozie po kilka kilometrów, żeby wziąć udział w lekcji. "U nas wszystko jest inaczej" - mówiły dzieci i cieszyły się, że tu w Polsce wszyscy dla nich tacy mili.

Dla naszych dzieci to też doświadczenie; czegoś innego i pięknego.

Szkoła chce utrzymywać kontakty zagraniczne - mówi jej dyrektorka Pani Elżbieta Szuty - mamy kontakty ze Szwecją, Norwegią, teraz chcemy nawiązać współpracę z naszymi sąsiadami. Są to wspaniałe dzieci, od nich możemy się wiele nauczyć, ich miłości, spontaniczności, dobroci.

I tylko cieszyć się wypada, że nie żyjemy w odosobnieniu tylko własnych spraw, że jesteśmy otwarci na potrzeby innych.

O ile łatwiej żyć, w tych trudnych czasach. Gdy myślę skąd w nas wrażliwość na potrzeby innych to widzę Papieża Polaka pochylającego się nad chorymi, spragnionymi sprawiedliwości, dziećmi różnych ras i narodów. Widzę staruszka Księdza z mojej rodzinnej parafii przed kilkudziesięciu laty, zabierającego zimą dzieci po mszy świętej na ciepły posiłek, przed kilku kilometrowym powrotem do domu.

Widzę zatroskanie księdza Proboszcza naszej parafii o zdrowe moralnie rodziny, o otwarte na potrzeby innych serca. I tylu ludzi wokół nas, którym los człowieka nie jest obojętny.

Marta

Historia mniej znana ...

Wiele już pisaliśmy o historii naszej parafii. Została wydana książka z okazji 25 lecia parafii, ale dopiero w ostatnich dniach dotarłam do materiałów; oryginalnych notatek i protokołów z lat 1947 - 1948, kiedy to po wojnie, po uruchomieniu na nowo produkcji w wytwórni chemicznej "Lignoza S.A", dyrektor Mieczysław Grochowski zapragnął by na kolonii fabrycznej jej mieszkańcy mogli korzystać z posługi kapłanów w kaplicy, wybudowanej przed wojną. Przeglądaliśmy te historyczne dokumenty z wielkim wzruszeniem i podziwem dla ludzi, którzy w powojennych trudnych czasach organizowali wspólnotę skupioną wokół wybudowanego przed wojną kościółka.

21 lutego 2003 roku, Podkarpacki Wojewódzki Konserwator Zabytków z siedzibą w Przemyślu w wyniku postępowania administracyjnego wydał decyzję w sprawie wpisania naszego starego kościółka jako dobra kultury do rejestru zabytków, uzasadniając, że obiekt ten dokumentuje ważny etap historii II Rzeczypospolitej i jako taki powinien zostać objęty prawną ochroną konserwatorską. Obiekt otrzymał nr A - 71.

Warto więc choćby z tej okazji powrócić do dokumentów.

Dokumenty:
30.09.1947 rok - "Lignoza" S.A. Wytwórnia Pustków pod Zarządem Państwowym  
                  
		"Podaje się do wiadomości pracownikom, że wobec planowanej
		Konsekracji Kaplicy Fabrycznej w dniu 26-go października r.b.,
		odbędzie się Zebranie zainteresowanych pracowników i ich rodzin
		na kolonii fabrycznej w dniu 1-go października o godz. 18-tej
		w Przedszkolu, celem wybrania Komitetu Urządzenia Kaplicy."

					Podpisany
  					Mieczysław Grochowski

2.10.1947 roku w budynku Przedszkola odbyło się zebranie zainteresowanych.

Dyrektor Grochowski przedstawił pokrótce cel zebrania zaznajamiając obecnych z pracami, które są w toku w związku z wykańczaniem kościółka, ponieważ konsekracja odbędzie się w dniu 26.10.br w święto "Chrystusa Króla"...

Ołtarz wykonają pracownicy "Lignozy" z cegły...

W ołtarzu będzie figura Matki Bożej Niepokalanie Poczętej... Figurę tę funduje miejscowa "Liga Kobiet" jak również oprawę relikwi i jeden obrus...

Przystąpiono do wyboru Zarządu w skład którego weszli; Mieczysław Grochowski, Jan Sędłak, Stanisław Ignarski, Tadeusz Ogrodnik, Pani Rejmanowa, Henryka Jaźwiecka, Jadwiga Wesołowska, Janina Grochowska, Jan Pociask...

Dyrektor Grochowski przyjął obowiązek załatwiania spraw kościelnych z miejscowym duchowieństwem i księdzem biskupem w Tarnowie...

Uzgodniono, że patronem kościółka zostanie św. Stanisław ponieważ jest on świętym ziemi tarnowskiej...

Uzgodniono sporządzenie listy dobrowolnych składek z kolonii i pobliskich domów.

W ciągu kilkunastu dni wybrany komitet przygotował wszystkie niezbędne sprawy tak, aby 26 pażdziernika mogło się odbyć poświęcenie kaplicy.

Fabryka "Lignoza" odnowiła kościółek, wykonała ołtarz, zakupiła fisharmonię, wieczną lampkę, pulpit, oświetlenie i żarówki,w okresie późniejszym piece koksowe do ogrzewania w okresie zimowym, ławki, szafę do zakrystii, a pracownicy Działu produkcyjnego dwa anioły.

Parafia w Brzeźnicy wypożyczyła; 6 lichtarzy, kropidło, 2 ornaty, kielich, puszkę, mszał, krucyfiks, konfesjonał.

Liga Kobiet zakupiła Figurę Matki Boskiej (znajduje się aktualnie w dolnym kościele, w sali młodzieżowej.) i obraz św. Stanisława.

Mieszkańcy kolonii zakupili żyrandol, lichtarze, wizerunek Pana Jezusa, wykonali obicie tabernakulum.

Oni też wraz komitetem zajęli się przygotowaniem uroczystości. Oprócz zbiórki wśród załogi wytwórni i mieszkańców kolonii pieniądze na potrzeby kaplicy pozyskano organizując zabawę dochodową na terenie wytwórni.

W dniu 26 października 1947 roku odbyło się uroczyste poświęcenie Kaplicy Fabrycznej pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa.

Program uroczystości był następujący:

  1. Godz. 1000 Zjazd Gości i Parafian przed bramą powitalną na Kolonii Fabrycznej,
  2. Godz. 1030 Powitanie Ks. Biskupa przez Dyrekcję Fabryki,
  3. Wejście do kaplicy i powitanie Księdza Proboszcza,
  4. Poświęcenie Kaplicy,
  5. Msza Pontyfikalna z kazaniem Ks. Dziekana A.Rejowskiego,
  6. Procesja dookoła Kaplicy z "Te Deum",
  7. Hymn Kościelny i Narodowy,
  8. Loteria fantowa na urządzenie Kaplicy.

Uroczystość jeszcze bardziej zmobilizowała mieszkańców kolonii.

Komitet Kościelny spotykał się bardzo często i ustalał nowe zadania dla siebie i zainteresowanych rozwojem życia parafialnego wokół kaplicy fabrycznej.

Z protokołów, z zebrań komitetu dowiadujemy się, że:

Niewielu z tych pierwszych organizatorów życia religijnego na naszym terenie jeszcze żyje. Odszedł z Pustkowa, w czasie propagandy antyreligijnej, z bólem żegnany Dyr. Mieczysław Grochowski. Zmarł w Warszawie. Odeszli do wieczności także ofiarodawcy; mieszkańcy kolonii i wytwórni.

Wszystkim tym ludziom jesteśmy winni wdzięczność i modlitwę.

(um)

Ach te wspomnienia - po wojnie ...

Był lipiec 1945 roku. Wojna się skończyła, zostaliśmy "wyzwoleni". Dziadkowie już nie żyli; nie ma powrotu; rodzinny Lwów wraz z własnym domem i całym dobytkiem pozostał - jak w piosence - "za kurtyną", której nikt nie chciał, czy nie mógł podnieść, nie było dokąd wracać.

Nie byłyśmy w tym osamotnione; tysiące ludzi porozpraszani po całym świecie, do dziś nie mogą się pozbierać.

Aby żyć trzeba niestety zarabiać; znaleźć pracę, za którą dostawało się pieniądze; niektórzy wprawdzie mówią, że pieniądze szczęścia nie dają, ale są niestety potrzebne.

W Ropczycach, miasteczku, jak wówczas określałyśmy to dzisiejsze miasto, władze przystąpiły do otwarcia na rok szkolny 1945/46 trzech średnich szkół: gimnazjum i liceum ogólnokształcącego, szkoły mechanicznej i ogrodniczej. Jak na to niewielkie w zasadzie skupisko ludzi, ilość i różnorodność szkół była imponująca.

Dzięki jakimś tam znajomościom udało mi się znaleźć pracę w szkole ogrodniczej jako sekretarka i pisząca biegle na maszynie. Miałam przecież półtoraroczną praktykę pracując w zarządzie obozu ćwiczeń SS w Pustkowie i pisząc nie tylko po polsku, ale i bezbłędnie w języku niemieckim.

Jakże byłyśmy głupie, przed wojną gdy w czasie naprężonych już stosunków między Polską a Niemcami, specjalnie bojkotowałyśmy naukę tego języka i jakże tego żałowało się poniewczasie; " gdyby to człowiek był prorokiem...". Mimo to weszło do głowy coś niecoś i w przyszłości się przydało, dzięki naszej pani profesor "od niemieckiego" w lwowskim gimnazjum.

Po tej dygresji powracam do wspomnień już powojennych. Było nas, jak to nazywam "pięć jedynaczek". Określenie to zapożyczyłam z pewnej sztuki teatralnej pt "Posażna jedynaczka" (autora nie pamiętam), w której występowało kilka sióstr, a czy były posażne? " - o tym świadczyła treść tej komedyjki.

Sztuczkę tę już nieco później odegraliśmy na "scenie" naszej zakładowej świetlicy przy pełnej sali z wielkim powodzeniem. Robiło się co nieco nikt nie pytał za ile? Bo i nikt nie płacił - nazywało się to pracą społeczną.

Czasy się zmieniły, już starożytni Rzymianie mówili: "pecunia non olet" czyli "pieniądze nie śmierdzą", dlatego dziś mamy, to co mamy: jedni mają ich za dużo, inni mało, a jeszcze inni nie mają ich wcale.

I znowu powracam do wspomnień i do tych tzw. "jedynaczek". Dwie z nich były zamężne i o utrzymanie rodzin miał się kto starać, średnia - z ukończonym w czasie okupacji liceum pedagogicznym we Lwowie, pracowała zgodnie z wyuczonym zawodem, w szkole podstawowej w Pustkowie Wsi. Zwana przez uczniów "panią Zosią - koteczek" ( jakże ładne i rzadkie "przezwisko") nadane przez uczniowską społeczność ze względu na urodę, piękny głos, słuch tzw absolutny, poza tym zdolności aktorsko-reżyserskie. Potrafiła z pomocą, zwłaszcza starszych klas, w warunkach wprost prymitywnych (brak elektryczności, wody, w pomieszczeniach dawnej gorzelni) urządzać przedstawienia (oparte na znanych bajkach) z błyskawicami, grzmotami itp efektami świetlno-akustycznymi.

Mama, jak wspominała, podczas tych przedstawień zanosiła modły do niebios, aby przypadkiem nie wybuchł pożar czy inny dopust boży. Na szczęście wszystko odbywało się pomyślnie.

Najmłodsza "jedynaczka" uczęszczała do gimnazjum w Dębicy mieszkając na tzw. stancji w bardzo prymitywnych warunkach można powiedzieć o głodzie i chłodzie.

Ja, pisząca te wspomnienia, otrzymałam pracę w szkole ogrodniczej z noclegiem w internacie tej szkoły. Do Pustkowa dojeżdżałam raz w tygodniu, na niedzielę.

Któregoś dnia w czasie jazdy do Pustkowa zdarzyła mi się przygoda, która mogła różnie się zakończyć.

Był to piękny lipcowy dzień, wesolutko wyjeżdżam z miasta, po lewej stronie góry porośnięte lasami, na które tęsknie spoglądam; szosa urozmaicona; to się pnie w górę, to z góry na dół wiedzie (obecnie droga bardziej wyrównana, nie ma tych dawnych różnic w wysokości), słońce świeci; cieszę się, że jadę do domu, do mamy.

Po drodze "przyczepił się jakiś rowerzysta towarzysząc mi w dość urozmaicony sposób; jako silniejszy i młody człowiek wyjeżdżał z łatwością na górki, prześcigając mnie i dowcipnie machając ręką; natomiast ja miałam przewagę nad nim w zjazdach z góry "na łeb na szyję" z braku sprawnych hamulców.

I tak sobie jedziemy niby razem, a osobno "odwalając" kawał drogi, aż do momentu kiedy pogoda jak to w lecie, zaczęła się nieco pogarszać. Postanowiłam nie dojeżdżać do szosy mieleckiej, a skręcić w prawo w boczną wiejską drogę dość, zresztą, szeroką. Pokiwałam memu towarzyszowi "wdzięcznie" palcem w bucie - miałam sandały na bosych stopach, skręciłam w prawo i jadę zadowolona, ciesząc się, że będę wcześniej w domu.

Gdybym była wiedziała...?

Tymczasem zachmurzyło się zupełnie zaczęło się błyskać, grzmieć, kropić, a wreszcie lać jak z przysłowiowego cebra.

Domów w pobliżu nie ma, gliniasta droga zamieniła się w lepką maź, koła roweru grzęzną coraz bardziej, nie da się jechać. Złażę ja z tego roweru, bo zeskoczyć trudno. Grzęznę po kostki w błocie usiłuję pchać rower, który, jak uparte z przeproszeniem bydlę nie ruszy się; nic tylko siąść (ale na czym) i płakać. Pcham, kawałkami niosę; ciężkie to jak na moje siły; w mokrej sukience z włosami ociekającymi wodą, zabłocona po kolana, wyglądałam jak zmokły strach na wróble.

W stanie godnym pożałowania jakoś dobrnęłam do brzegów Wielopolki, gdzieś w pobliżu młyna pp. Działów. Trzeba się jakoś upodobnić do ludzi, tym bardziej, że deszcz przestał padać. Możliwym dojściem do rzeki schodzę z górki, by siebie i rower "oskrobać" z gliny, szczęśliwa, że "jedną nogą" jestem już w domu, aż tu słyszę z drugiego brzegu wrzask "dawaj maszynu"!.

Zdębiałam - tylko mi włosy nie stanęły dęba, bo były mokre; patrzę - po drugiej stronie w krzakach czai się 2-ch ruskich żołnierzy z wycelowanymi we mnie karabinami i "proszą uprzejmie" aby m im oddała swój rower. Stoję jak ta żona Lota zamieniona w słup soli i czekam co będzie dalej. Nie wiem ilu ich jest, zresztą i tych dwóch - jak na mnie - było za dużo; chcą mi chyba zabrać rower; może mnie mają za kogoś z partyzantki, tak wyglądałam jakbym miesiąc nie wychodziła z lasu. Trzeba tu dodać, że w tych okolicach działała podczas okupacji partyzantka, o czym wspomina jej uczestnik p. E. Kapustka w swojej książce pt. "Partyzancka idzie wiara", a jak wiadomo i po wyzwoleniu partyzanci nie byli przez ówczesne władze pieszczeni, w związku z czym długo jeszcze lasy były ich kryjówką.

Powracam we wspomnieniach o swojej przygodzie: dalej stoję i myślę co będzie - może to jacyś maruderzy, może gdzieś się zawieruszyli po drodze i chcą się szybciej dostać do swoich - myśli latają mi po głowie, a krokiem nie ruszę.

Miałam jednak "szczęście" prawdopodobnie nie spodobał im się mój rower; była to damka, bez bagażnika, zabłocona; może ich ktoś spłoszył, dość, że jak się nagle zjawili, tak i zniknęli w krzakach.

Dziś opisuję przygodę z humorem, ale wtedy wesoło mi nie było.

Dojeżdżałam jeszcze parę tygodni do pracy w szkole ogrodniczej po czym musiałam odejść. Moje miejsce jako sekretarki, zajęła dziewczyna protegowana przez pewną ważną figurę, która "jak wieść niosła" rządziła całym miastem. Z żalem pożegnał mnie cały personel biurowy szkoły ogrodniczej, ale cóż, byłam właściwie w tym mieście kimś obcym, wygnańcem, z zagranicy?

Po raz drugi, już po kilku latach, gdy pracowałam w Zakładach w Pustkowie, "spotkałam się z Ropczycami, gdy razem, z nieżyjącą już siostrą Basią wygrałyśmy mecz o mistrzostwo powiatu w podwójnej grze tenisa stołowego, zwanym przez nas wówczas dźwięczną nazwą "ping - pong", z drużyną żeńską gimnazjum ogólnokształcącego.

Z powodu braku dojazdu wracałyśmy do Pustkowa "per pedes Apostolorum" czyli na piechotę.

Takie to były czasy, a sport - to przyjemność, nie zarobek.

R.J.

P.S.

Przeżyłam jedną wojnę, od następnej niech nas Bóg chroni, skoro ludzie postradali resztki rozumu.

Powrót do strony głównej