Paweł Krzemiński
Luty 2026 – Rozważania różańcowe
Tyle razy anioł stał tuż obok i mówił do mojego serca: „Nie rób tego!”. Albo na odwrót: „Zrób – wyniknie z tego dużo dobra”. A ja robiłem swoje, nie zwracając uwagi na walkę toczącą się w sercu. Konsekwencje były zazwyczaj żałosne. Tym bardziej brak mi słów, by wyrazić szacunek dla Maryi, która odpowiedziała Gabrielowi: „tak”, przeczuwając, jak poważne skutki może pociągnąć za sobą ta decyzja.
Droga wiodąca z Nazaretu do En Kerem to skały spalone słońcem, kamienie i prawie zupełny brak roślinności, wszechobecny pył, żar i duchota. Nie jest łatwo, nawet gdy jedzie się tamtędy klimatyzowanym samochodem. Młoda Maryja w ciąży pokonała tą drogą 150 kilometrów, idąc do Elżbiety, by jej pomóc. To wielka nauka miłości bliźniego, empatii i wyobraźni miłosierdzia, o której mówił św. Jan Paweł II.
To niepojęte, że Bóg – Architekt wszechświata – by ratować człowieka, postanowił się uniżyć i wejść w ludzki los tak daleki od przepychu królewskich pałaców. Doświadczył za to poniewierki, prześladowań, ciężkiej pracy. Czego uczy ta niezwykła historia? Pokory wobec Boga, prostoty życia, wielbienia Pana za wszystko, co dla nas uczynił.
Jezus miał absolutną rację: najwięcej do skarbony wrzuciła uboga wdowa, bo dała ze swojego niedostatku wszystko, co miała. Inni wrzucali z tego, co im zbywało. Jezus też oddał całego siebie za mnie. Dlaczego więc tak ciężko mi ofiarować dla Niego coś najcenniejszego – moje życie, czyli jedyne, co mam – zamiast bezwartościowych podróbek i tandetnych prezencików, którymi próbuję zamaskować brak wiary, zaufania i miłości?
Czy odnajduję Jezusa wyłącznie w świątyni? A co robię, kiedy z niej wychodzę? Czy zabieram Go ze sobą? Czy staram się żyć Jego słowem? Chcę przecież odnajdywać Go w każdej sytuacji, a przede wszystkim w drugim człowieku. Nie tylko w tym potrzebującym pomocy lub wsparcia, lecz także w moich bliskich, których obecność dziś bardziej już drażni, niż cieszy. Jezus jednak zaprasza do szukania Go także w tych, którzy są nam nieprzyjaźni, nieprzychylni, wrodzy…
Większość z nas nie pamięta swojego chrztu. Jezus, przyjmując chrzest w Jordanie, ujawnia się jako Syn Boży. Podobnie my – zyskujemy łaskę życia chrześcijańskiego, wielki kapitał, fundament, na którym możemy budować i formować relację z Bogiem. Szkoda, że tak często nie pamiętamy daty tego sakramentu, imienia kapłana, który go nam udzielał. Ot, wydarzyło się kiedyś tam…
Cud w Kanie Galilejskiej jest tym wydarzeniem, od którego zaczęło się odliczanie dni do ukrzyżowania. Jezus, zgadzając się na prośbę Maryi, rozpoczął swą drogę nie tylko w kierunku miejsca męki i śmierci, lecz także zmartwychwstania. Uderzają mnie szczególnie słowa, którymi Ewangelista niejako podsumowuję tę perykopę: „Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie” (J 2,11). Wtedy uwierzyło wielu, ale pod krzyżem stał tylko jeden. Czy jestem z Jezusem tylko wtedy, gdy czyni cuda, czy także wtedy, kiedy przychodzi cierpienie?
Ta tajemnica przypomina o tym, że nic nie jest dane raz na zawsze. Każdy dar można stracić, jeśli się o niego nie dba. Tak samo jest z łaską wiary – trzeba ją rozwijać, pogłębiać, umacniać. Jak? Nawracać się każdego dnia. Gdy Jezus dotyka naszych serc i porusza je tak, że świadomie postanawiamy za Nim podążać, być może nie zawsze uświadamiamy sobie, że jesteśmy dopiero na początku drogi lub kolejnego jej odcinka. Nie mówmy wtedy: „Nawróciłem się”, bo można bardzo się pomylić. Nie ma bowiem dnia bez potrzeby nawrócenia.
Chciałoby się nieustannie oglądać Jezusa o lśniącym obliczu w nieskazitelnie białych szatach. Jednak Ewangelia ostrzega, by się na tym nadmiernie nie skupiać. Na górze Bóg objawił swoją chwałę, ale Apostołowie niewiele z tego zrozumieli. Nie pojęli, że zapowiadał swoją śmierć w Jeruzalem. Pełnię Bożej chwały pokazał na innej górze. Tam, gdzie przybito Go do krzyża. Ta tajemnica zaprasza mnie do przemiany myślenia, także do zmiany moich wyobrażeń o Bogu.
Wiele lat temu pewien kapłan powiedział: „Celebrując Mszę Świętą, oddaję Bogu całego siebie, by On mógł, korzystając ze wszystkich moich zasobów, sprawować przeze mnie ten sakrament. Ważne jest więc dla mnie, bym nie podszedł do ołtarza mechanicznie, jak do tokarki”. Warto postawić sobie pytanie, czym jest dla mnie Eucharystia. Czy za każdym razem, kiedy w niej uczestniczę, zdaję sobie sprawę z tego, że idę na spotkanie z żywym Bogiem?
Być może zdarzyły się niektórym z nas ekstremalne sytuacje, gdy bardzo baliśmy się o swoje życie. Jeśli – dzięki Bogu – udało się nam wyjść ze śmiertelnie niebezpiecznych okoliczności, to możemy mieć głębsze zrozumienie Jezusa modlącego się w Ogrójcu. W Ogrodzie Oliwnym Bóg wyraźnie ukazał ludzką naturę. Stał się Człowiekiem, który się boi, bo wie, że nie uniknie męki: okrutnych katuszy i powolnej śmierci. Jednak dobrowolnie przyjmuje ten los, by ocalić swoje umiłowane stworzenie.
Trudno sobie wyobrazić, jak okrutnych cierpień doświadczała ofiara biczowana flagrum. Niejeden skazaniec nie przeżył takich katuszy. Ściska mi się gardło z przerażenia, gdy w razach rozszarpujących ciało Jezusa widzę moje grzechy i niewierności. Przy kolumnie biczowania widzę milczącą niepojętą miłość Boga do grzesznika.
Czego potrzebuje każdy z nas, by przyznać się do swoich słabości? Gdy doświadczamy, że nie radzimy sobie z krzyżem naszego życia, otwórzmy Pismo Święte i przyjrzyjmy się Szymonowi Cyrenejczykowi. Skoro sam Bóg przyjął pomoc z ręki grzesznego człowieka, my też możemy to uczynić. Nawet jeśli nie umiemy dostrzec, w jak trudnej sytuacji się znajdujemy, widzi to Jezus, który bierze to wszystko na siebie, przyjmując wobec nas rolę Szymona z Cyreny
Wydarzenie zmartwychwstania wydaje się niepojęte dla człowieka ograniczonego czasem ziemskiego życia. Nawet Apostołowie mieli z tym trudność. Gdy próbuję to zrozumieć, przychodzi mi na myśl sakrament pojednania. Kiedy wychodzę z konfesjonału, świat wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilka minut temu, zanim Bóg przeprowadził mnie z grzechu do wolności.
Zdarzało się, że brakowało mi słów, by wyrazić zachwyt nad dziełami stworzenia. Tych ulotnych chwil nie dało się zabrać ze sobą, wrażenie zostawało jedynie w pamięci, rodząc tęsknotę za powrotem do miejsc budzących podziw. Z czasem jednak blakły coraz bardziej. Wierzę w słowa Jezusa, że Ojciec przygotował nam wiele mieszkań, choć trudno mi sobie wyobrazić, jak może wyglądać niebo. Wiem jedno: będziemy tam doświadczać piękna, które nigdy nie wyblaknie.
Niejednego z nas dotykają bardzo trudne sytuacje finansowe będące skutkiem utraty pracy, wejścia we współpracę z nieuczciwym kontrahentem, braku zleceń, zmiany koniunktury itp. Być może wołamy do Boga i nie słyszymy odpowiedzi. Czy jesteśmy gotowi przyjąć wtedy każdą możliwość zarobku? Nawet tę, która jest niezgodna z Dekalogiem, nauką Kościoła, moralnością chrześcijańską i przykazaniami kościelnymi? Kto jest dla nas ważniejszy: Bóg czy mamona?
„Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, (…) nie utraci swojej nagrody” (Mt 10,42). Może pamiętamy z dzieciństwa uśmiech matki podającej nam szklankę chłodnej wody w upalny dzień? Maryja wzięta do nieba czeka tam z naczyniami pełnymi orzeźwiającej wody życia na swoje dzieci zmęczone trudami doczesności.
Jaką Królową jest Maryja? Czy taką jak postaci znane z kart historii, z dziejów rodów królewskich? Przykładając ludzkie kryteria, nie jest łatwo wyobrazić sobie kogoś, kto posiadł godność panowania nad niebem i ziemią. Skoro jednak Bóg jest miłością, to wszystkie Jego dzieła powstały z miłości. Widzę więc Maryję jako Królową serc, która wyprasza miłosierdzie dla grzeszników. Dla mnie…





















































Najświętsza Maryja Panna z Kalwarii Pacławskiej” width=”196″ height=”300″ />




















































